Znów u nas zagościła niestety, nieproszona.
Bez skrupułów zaatakowała dwa Żuki na raz.
Nieszczęsna Pani infekcja.
Ja, córka pielęgniarki, przewrażliwiona panikara (która DOPIERO od
czasu odkrycia zdrowej żywności przestała ufać i faszerować wszystkich
paracetamolem) po raz pierwszy w życiu WYGRAŁAM WOJNĘ:)! No może nie
zupełnie sama:)! Pomogła mi w tym herbatka z lipy&malin, alpa
(czeski specyfik o "zapachu lasu" do nacierania) i syrop prawoślazowy.
Przyznam się bez bicia, że nigdy nie wierzyłam w cudowna MOC natury. O ja niemądra...
Z lekceważeniem podchodziła do rad Cioteczek o mięcie i koprze na ból
brzucha, wodzie z solą lub wodą utlenioną na ból gardła, lipie na suchy
kaszel i malinach na gorączkę.
Cóż... Jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie to fakt, że jako
młodzi szczyle zagościliśmy na wyspach brytyjskich wśród lekarzy, którzy
zresztą, jak my do niedawna, na wszystko zalecają właśnie nieszczęsny
paracetamol....Choć ma to też oczywiście swoje dobre strony. Bo nie
antybiotyki na pierwszy rzut, a właśnie paracetamol. Ale to temat na
inny razzz:).
Moja Mama podrzuciła mi ostatni książkę Jerzego Zięby, między innymi o Super Mocach witaminy C.
Cóż... Czytam i zastanawiam się. Pije tą kwasotę... Nie testuje na
Bobrach bo to małe Stwory jeszcze, a terapia dość kontrowersyjna:).
Jedno jest jednak pewne. Zięba pisze też o wodzie utlenionej, która mi
rzeczywiście pomaga:).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz