sobota, 6 czerwca 2015

Nieproszona...

Znów u nas zagościła niestety, nieproszona.
Bez skrupułów zaatakowała dwa Żuki na raz.
Nieszczęsna Pani infekcja. 
Ja, córka pielęgniarki, przewrażliwiona panikara (która DOPIERO od czasu odkrycia zdrowej żywności przestała ufać i faszerować wszystkich paracetamolem) po raz pierwszy w życiu WYGRAŁAM WOJNĘ:)! No może nie zupełnie sama:)! Pomogła mi w tym herbatka z lipy&malin, alpa (czeski specyfik o "zapachu lasu" do nacierania) i syrop prawoślazowy.
Przyznam się bez bicia, że nigdy nie wierzyłam w cudowna MOC natury. O ja niemądra...
Z lekceważeniem podchodziła do rad Cioteczek o mięcie i koprze na ból brzucha, wodzie z solą lub wodą utlenioną na ból gardła, lipie na suchy kaszel i malinach na gorączkę.
Cóż... Jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie to fakt, że jako młodzi szczyle zagościliśmy na wyspach brytyjskich wśród lekarzy, którzy zresztą, jak my do niedawna, na wszystko zalecają właśnie nieszczęsny paracetamol....Choć ma to też oczywiście swoje dobre strony. Bo nie antybiotyki na pierwszy rzut, a właśnie paracetamol. Ale to temat na inny razzz:).
Moja Mama podrzuciła mi ostatni książkę Jerzego Zięby, między innymi o Super Mocach witaminy C.
Cóż... Czytam i zastanawiam się. Pije tą kwasotę... Nie testuje na Bobrach bo to małe Stwory jeszcze, a terapia dość kontrowersyjna:). Jedno jest jednak pewne. Zięba pisze też o wodzie utlenionej, która mi rzeczywiście pomaga:).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz