Droga do szkoły Młodego to niecałe 10 minut z 2 i 4 latkiem. Dwie
małe osiedlowe uliczki plus jedna ruchliwa BARDZO. Postój ambulansów, a
tuż przy nim ukochane wyboiste KOCIE ŁBY Żaby. Niby nic, a jednak.
KAMOLE, które sprawiły, że spacer do szkoły zmienił się w pogoń pełna
nerwów.
Dzień jak co dzień. Wychodzimy do szkoły o 8.20. Pierwsza uliczka.
Druga ruchliwa. Trzecia dość spokojna. Mijamy stacje ambulansów i nagle
Młodą dopada NIEODPARTA chęć poskakania po kamolach, która niestety
napotyka mój sprzeciw. Zaczęło się dość niewinnie. Tylko przystanęła
oznajmiając, że nie ruszy się dalej. Zaczynam tłumaczyć. Że nie teraz,
że musimy zdążyć do szkoły ze starszym Bobrem na czas, że nie ma
problemu, ale.... jak będziemy wracać. I stało się. Była histeria,
krzyk, płacz. Były nogi z waty ("moje ulubione ") i tupot i rzucanie
się... Była bezradność, krzyk( mój tym razem), tłumaczenie again again
and again... a efektu niestety brak..
Do szkoły doszliśmy spóźnieni. Ja& Młody. Młoda stała ( bacznie
przez mnie obserwowana) pod płotem. Nagadałam się po drodze do domu i natłumaczyłam, ze HOhooooo!
Chciałabym wierzyć, że to " bunt dwulatka", o KTÓRYM myśleliśmy, że mamy GO już dawno za sobą...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz