sobota, 20 czerwca 2015

Mniej czy więcej:)?

Uwielbiany zabawki  (ja, Boberki & Matt). Nie jestem w stanie stwierdzić, które z nas bardziej:)! Nie wyznajemy zasady mniej znaczy lepiej ( TYLKO w kategorii dziecięcych gadżetów na szczęście), a po tym jak widzimy nasze Boberki spędzając 2 godziny na zabawie kasą diy nie sądzę, aby ich wyobraźnia jakos specjalnie na tym ucierpiała:)!
Choć wiadomo, opinię na ten temat są różne:)
Ja, jako full time mummy często uczestniczylam (i robbie to do dziś) i swego czasu koordynowałam zabawę. Nigdy nie było rzucania na głęboką wodę. Zawsze wspólne odkrywanie możliwości cacka i dawanie im OBU czasu na lepsze się zapoznanie:). Z duplakami i pierwszymi konstrukcjami trochę to trwało, ale były też ludziki i auta i helikoptery, przy których wystarczyło raz pokazać co i jak i przez pół dnia Starszaka (a wtedy jeszcze JEDYNAKA) nie było.
Matt jest FACETEM głodnym wrażeń. Rzuca Młodym mięcho, obserwuje i czeka... Sprawdza czy Bobry dorównują jeMUUU sprytem i spostrzegawczością:). Po udanej uczcie siada dumny ze swego potomstwa i sam zaczyna delektować się możliwościami nowego sprzęciwia:).
Różni nas podejście do zabawy, ale nie do zabawek. Z reguły wiemy czego chcemy:). Nieśmiertelne są duplaki i LEGO (choć nie te z komercyjnych serii). Lubimy fisher-price imaginext castle. PlanToys, choć ceny są kosmiczne. Bobry kochają tez ELC i puzzle, którym oddają się godzinami i wszelkiego rodzaju zabawy twórcze, przy których wyznają zasadę "im brudnej tym lepiej":).

P.S.
Na szczęście posiadamy sporo " schowków ", do których co jakiś czas trafia kolejna partia dziecięcych sprzętów, żeby po kilku tygodniach leżakowania mogła cieszyć jak nówka:) 
A to cieszy podwójnie... również kieszeń:)!



Kasa diy z wedla i weetabixów. Czas powstania 3 minuty (Starszy Żuk wycinał, Młodszy kolorował), zabawa trwa do teraz:)


poniedziałek, 15 czerwca 2015

Sobotni LiverPOOL

Nic na mnie histeryczkę tak kojąco nie działa jak ZAPACH morza. Wiemy o tym ja& Matt, więc kiedy puszczają mi nerwy, a pogoda akurat dopisuje (u nas "dopisuje" oznacza "nie LEJE":)) pakujemy przydatne sprzęty, małe "conieco" dla Żuków i w drogę.
Nie było słońca, wody (był akurat odpływ), dzikich tłumów... Byliśmy MYyyyy, szum morza, ten kojący nerwy zapach i rekompesujacy wszelkie atmosferyczne nie dogodności latawiec i wiatr:)!!
Wiało jak nie wiem. O siedzeniu na kocu nie było mowy. Ale NIKOMU to nie przeszkadzało. Młodzi szaleli, biegali i krzyczeli ze szczęścia przy każdym napotkanym kontenerowcu, muszli i zeschniętej meduzie. Targaliśmy ze sobą całą torbę piaskowych gadżetów, których nawet nie było czasu wyciągnąć, nie dlatego, że ograniczał nas czas, po prostu do okoła było TYYYYLE ważniejszych rzeczy do zrobienia:)! MOC natury NIE zna granic:):):)!!

piątek, 12 czerwca 2015

Scenariusz napisały Bobry...

Młody: Mamo, mogę batonika?
Ja: Ale na pół z Siostrą!
Młody: A mogę dwa na pół z Małą?

Bober: Czy mogę już odejść od stołu?
Ja: jeszcze 5 łyżek
Bober: A może 4?
Ja: A może 6?
Bober (co raz pewniej): A może  ZERO:)?
I w tym momencie zaczęłam wierzyć w to, że mój 4.5 letni Synek, W KOŃCU zrozumiał o CO CHODZI  " z mniej lub więcej ". Więc Dumna z Boberka pytam się: aaaa ile to zero Kochanie? - OOOOOSIEM Mamo! Hmmm:)

Lalka, wychodzi z łazienki i mówi: zapaliłam sobie światło, zęby nie widzieć ciemności:)

 Po kolejnej awanturze ( KLASYK- droga do szkoły) zafundowanej przez Młodą, dwoje się i troje, żeby wytłumaczyć tej małej 2.5 letniej główce, że NIKT nie CHCE zrobić jej na złość faktem, że akurat nie mamy SŁONYCH PALUSZKÓW ( bo to właśnie przez ich BRAK był cały ten tupot i rzucanie się na chodnik... ). Kiedy już dotarłyśmy do domu, pytam się Żaby czy jest już o.k i czy NA PEWNO zrozumiała O COOO mi chodziło? Na co Młoda pochodzi do mnie, tuli i mówi od niechcenia: tak, taaaak, .nie lubisz jak się rzucam....( Takie to przecież oczywiste).

wtorek, 9 czerwca 2015

Histeria. NIE decydujące starcie.

Droga do szkoły Młodego to niecałe 10 minut z 2 i 4 latkiem. Dwie małe osiedlowe uliczki plus jedna ruchliwa BARDZO. Postój ambulansów, a tuż przy nim ukochane wyboiste KOCIE ŁBY Żaby. Niby nic, a jednak. KAMOLE, które sprawiły, że  spacer do szkoły zmienił się w pogoń pełna nerwów.
Dzień jak co dzień. Wychodzimy do szkoły o 8.20. Pierwsza uliczka. Druga ruchliwa. Trzecia dość spokojna. Mijamy stacje ambulansów i nagle Młodą dopada NIEODPARTA chęć poskakania po kamolach, która niestety napotyka mój sprzeciw. Zaczęło się dość niewinnie. Tylko przystanęła oznajmiając, że nie ruszy się dalej. Zaczynam tłumaczyć. Że nie teraz, że musimy zdążyć do szkoły ze starszym Bobrem na czas, że nie ma problemu, ale.... jak będziemy wracać. I stało się. Była histeria, krzyk, płacz. Były nogi z waty ("moje ulubione ") i tupot i rzucanie się... Była bezradność, krzyk( mój tym razem), tłumaczenie again again and again... a efektu niestety brak..
Do szkoły doszliśmy spóźnieni. Ja& Młody. Młoda stała ( bacznie przez mnie obserwowana) pod płotem. Nagadałam się po drodze do domu i natłumaczyłam, ze HOhooooo!
Chciałabym wierzyć, że to " bunt dwulatka", o KTÓRYM myśleliśmy, że mamy  GO już dawno za sobą...

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Z czasem podejście się zmienia...

Kiedy posiadaliśmy tylko jednego Bobra, tego spokojnego i zrównoważonego przejawiającego cechy flegmatyka, dzieliliśmy DZIECI na dwie kategorie. GRZECZNE, którym rodzice poświęcają choć troszkę czasu, czytają IM i  tłumaczą.
Do drugiej, "GORSZEJ" kategorii należały wszystkie te, które w wieku półtorej roku, nie potrafiły wydawać zwierzęcych odgłosów. Którym rodzice nie czytali. Krzyczeli, a nie tłumaczyli. Te, które łatwo wpadły w ( wtedy nam jeszcze obce) FURIĘ.
Jednym zdaniem podział był prosty... Na dzieci dobrze i źle wychowane...
 Po jakimś czasie ( niecałe dwa lata później) w naszym dom zagościł Boberek numer dwa. Od naszych pierwszych wspólnych chwil wiedziałam, że raczej CHARAKTERNYM będzie Stworem:). Cieszył i cieszy nas fakt, że Młoda wie czego CHCE. Martwi nas natomiast, że Bober z numerem Drugim wie również doskonale CZEGO NIE CHCE. A "nie chce" i " nie życzy " sobie wiele...
I oto okazuje się, że częste zabawy z Bobrem, czytanie, farby, wyklejanie, banki, spacerki i wspólne gotowanie, tłumaczenie nie zmieni charakteru i temperamentu Żuczka.
Kiedy Młoda popada w furię nie dociera do niej NIC. Łzy lecą jak GROCHY. Jest płacz, tupot niezadowolenia, który potrafi się przekształcić w bezwładnie leżące dwuletnie ciałko. Nie ważne czy to domowa podłoga, sklepowa  posadzka czy błotnista droga do szkoły starszego brata...
Histeria jednak kiedyś mija...
Wtedy znów możemy liczyć na tulasy, caluski, słodki głosik i czarujące spojrzenie:)!

sobota, 6 czerwca 2015

W końcu...:)

Wyspy Brytyjskie to niestety do siebie maja, że LATO nijak  POLSKIEGO LATA nie przypomina. Sami tubylcy mówią na Manchester raining city...
Więc kiedy słyszę od rodziców, że napłynęła do Nich fala upałów... A u nas ZNOWU pada, chata mała,  energia Młodych rozpiera, a mi cierpliwości i sił już brak to... Zazdrość mnie zżera!
Ale...
Stało się! Od TRZECH dni jest SłOnKO:)! Dziś był nawet krótki rękaw u Żukow. I wymarzone ogrodniczki Młodej.
Chwilo TRWAAAJ! Bo niby "NIC", a jak cieszy:):):)!!

Nieproszona...

Znów u nas zagościła niestety, nieproszona.
Bez skrupułów zaatakowała dwa Żuki na raz.
Nieszczęsna Pani infekcja. 
Ja, córka pielęgniarki, przewrażliwiona panikara (która DOPIERO od czasu odkrycia zdrowej żywności przestała ufać i faszerować wszystkich paracetamolem) po raz pierwszy w życiu WYGRAŁAM WOJNĘ:)! No może nie zupełnie sama:)! Pomogła mi w tym herbatka z lipy&malin, alpa (czeski specyfik o "zapachu lasu" do nacierania) i syrop prawoślazowy.
Przyznam się bez bicia, że nigdy nie wierzyłam w cudowna MOC natury. O ja niemądra...
Z lekceważeniem podchodziła do rad Cioteczek o mięcie i koprze na ból brzucha, wodzie z solą lub wodą utlenioną na ból gardła, lipie na suchy kaszel i malinach na gorączkę.
Cóż... Jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie to fakt, że jako młodzi szczyle zagościliśmy na wyspach brytyjskich wśród lekarzy, którzy zresztą, jak my do niedawna, na wszystko zalecają właśnie nieszczęsny paracetamol....Choć ma to też oczywiście swoje dobre strony. Bo nie antybiotyki na pierwszy rzut, a właśnie paracetamol. Ale to temat na inny razzz:).
Moja Mama podrzuciła mi ostatni książkę Jerzego Zięby, między innymi o Super Mocach witaminy C.
Cóż... Czytam i zastanawiam się. Pije tą kwasotę... Nie testuje na Bobrach bo to małe Stwory jeszcze, a terapia dość kontrowersyjna:). Jedno jest jednak pewne. Zięba pisze też o wodzie utlenionej, która mi rzeczywiście pomaga:).